Skip to content Skip to footer

Na szlakach rewolucji

Tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie Zawsze Wierni.

„Rewolucja… Jej kłamliwe hasła omamiły wielu, wielu uwierzyło. A przecież to, co się dzieje, nie ma nic wspólnego z wolnością, równością czy braterstwem. Jedynie ze śmiercią…”[1].

Wizyta w „wyjątkowym” miejscu…

            Piękny, czysty, zadbany park. Wszędzie kwiaty, bujne drzewa, zieleniąca się trawa. Sporo rodzin z dziećmi, jacyś biegacze… Był ciepły czerwcowy dzień, kiedy postanowiłam wybrać się do Vizille – miejscowości położonej niedaleko Grenoble we francuskich Alpach. Znajomi polecili mi to miejsce jako odskocznie od ciągłego chodzenia po górach. W końcu jedno z moich wolnych popołudni postanowiłam spędzić w tym przyjemnym miejscu. Wiedziałam o mieszczącym się w parku zamku, ale nie miałam pojęcia, że ten zamek jest siedzibą jakiegoś muzeum… Przyznam, że trochę zaskoczył mnie duży napis głoszący Musée de la Révolution Francaise – Muzeum Rewolucji Francuskiej… Po długim spacerze w parku i krótkim namyśle postanowiłam zajrzeć do środka.

            Budynek robił wrażenie – był ładny, dość pokaźny i trochę mroczny. Kiedy podeszłam do kasy, nieco zdziwiona pani powiedziała, że mogę wejść bez biletu. Mile mnie to zaskoczyło, bo przyznam, że nie chciałam dokładać moich pieniędzy do rewolucyjnej kasy… Pani bileterka wręczyła mi plan muzeum, pokazała kierunek zwiedzania i mogłam ruszać. Muzeum było dość duże, także czekało mnie sporo chodzenia.
            W licznych salach znajdowały się obrazy przedstawiające różne wydarzenia i postacie związane z rewolucją, były też makiety miast, rzeźby, stare meble i sporo książek. Miałam wrażenie, że w pomieszczeniach panuje specyficzna atmosfera – czyżby duch rewolucji krążył po salach? Jednak szybko okazało się, że to raczej… duch zdziwienia.

            Byłam nieco zakłopotana, bo w każdej sali, do której wchodziłam, witali mnie pracownicy muzeum, których moim wejściem odrywałam od ich pracy – a było nią najczęściej czytanie książek lub patrzenie przez okno. Nie byłoby w tym nic dziwnego, że turysta wchodzi do sali, ale jednak było w tym coś dziwnego dla obu stron – i dla mnie, i dla pracowników. Ja byłam zmieszana spojrzeniami, które na sobie czułam, a oni byli jakby… zaskoczeni moją obecnością. W końcu jedna ze stron nie wytrzymała napięcia – jeden z pracowników zapytał mnie: kim jestem, skąd jestem i co tu robię? Przez chwilę pomyślałam, że pani kasjerka wpuściła mnie tu omyłkowo w jakimś zakazanym dniu lub czasie… Ale to był zły trop. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że to muzeum nie jest częstym punktem odwiedzin, a już na pewno nie tak szczegółowych jak moje… A przyznam, że z uwagą śledziłam poszczególne sale chcąc zobaczyć, w jaki sposób przedstawia się rewolucję, jej ojców i… ofiary.

            Dowiedziałam się, że muzeum najczęściej odwiedzają znudzeni uczniowie, czasem jacyś zagraniczni turyści… To zamkowy park jest dla turystów główną atrakcją. No cóż… Kto chciałby – poza historykami – przebywać w muzeum rewolucji? Miejscu pamięci o bratobójczych walkach, spływających krwią brukach miast, niszczonych kościołach, deptanych wartościach?

Krwawe dziedzictwo

            Przyznam, że samo muzeum, choć zrobiło na mnie spore wrażenie – ładne położenie, monumentalny budynek – to jednak trudno mi przywołać o nim jakieś pozytywne wspomnienia czy skojarzenia. Jednak bardzo dobrze zapamiętałam jeden obraz, który przykuł moją uwagę – Grabież kościoła podczas rewolucji autorstwa Victora-Henriego Juglara. Widzimy na nim grupę ludzi, zapewnie mieszkańców jakiegoś miasta, rozkradających kościół – szaty, naczynia liturgiczne… Traktują je jako swoje trofea. Ktoś „błaznuje” na ambonie, udając biskupa. Ktoś bije się na posadzce, nie uszanowawszy świętego miejsca. Ten obraz wydał mi się wówczas, ale także i teraz, po latach, kiedy wracam pamięcią do tamtej wizyty, bardzo wymowny. Autor uchwycił na nim grabież kościoła, jego profanację – a takich aktów wandalizmu podczas rewolucji oczywiście nie brakowało – ale pokazał też upadek człowieka, jego zdziczenie i – w sposób symboliczny – walkę z Bogiem. Kiedy czytamy teksty historyczne czy książki o rewolucjach – jakichkolwiek – francuskiej, bolszewickiej, to ten aspekt odczłowieczenia jest bardzo widoczny. A kiedy człowiek przestaje żyć zgodzie z naturą, którą dał mu Stwórca, to zaczyna występować przeciw temu Stwórcy jako sprawcy tego odwiecznego uciemiężenia, ograniczającego wolność, dającego tylko zakazy i nakazy…

            Dobrze oddaje to też książka Haliny Popławskiej „Szkaplerz wandejski”[2], którą miałam okazję przeczytać w tym roku, dokładnie w czasie ulicznej rewolucji, która zalała Polskę w październiku. Wandea to symbol walki o ideały, wartości, o ziemię ojców i przekazane przez nich tradycje. Symbol walki o zachowanie Bożych praw… Była to walka nierówna, toczona między synami tej samej ziemi – między tymi, którzy wybrali nowe, pociągające hasła rewolucji francuskiej a ich rodakami, którzy pozostali wierni tradycji. To właśnie ci drudzy zdali sobie sprawę, że prawdziwe hasła tej nowej, „wspaniałej” przyszłości to źle rozumiana wolność, to nie równość a tyrania i prześladowanie, to wypaczenie idei braterstwa, a ostatecznie śmierć.

Rewolucyjna nauka

            Te dwa rewolucyjne szlaki – muzealny i książkowy – choć były dla mnie trudne, to jednak uważam je za dobre i potrzebne. Choć sama ich „treść” była smutne, a nawet wstrząsająca, to ostatecznie dały mi nadzieję i pozostawiły w duszy światło…

„Wytrwajmy w wierze i w wierności naszej tradycji, przechowajmy te wartości, które przekazali nam przodkowie. Nie hodujmy nienawiści do tych, co nas gnębią, niszczą nasz dobytek, zabijają najbliższych, gdyż zaprawdę nie wiedzą, co czynią. Brońmy się jednak, to nasze prawo, brońmy naszej wolności i naszej ziemi. Nie zapominamy wszakże, że ci, którzy występują jak wrogowie, mówią tym samym co my językiem, są synami tej samej Ojczyzny. Zbłąkanymi synami zeszli bowiem na manowce…”.


[1] H. Popławska, Szkaplerz wandejski, Gdańsk 2014.

[2] „Szkaplerz wandejski” to romans historyczny, który jest drugą częścią tryptyku rewolucyjnego. Pozostałe części to „Kwiat lilii we krwi” (cz. I) i „Spadek w Piemoncie” (cz. III).

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Cymelia

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej